Wyniki dla „Ante”

1:37🔥 Wiral
0:58🔥 Wiral
1:02
1:50
0:07
1:34
0:53
4:50

Kolejny skandal TVP w likwidacji! Redakcja dalej brnie w fakenewsowe w manipulacje wokół sprawy pana Piotra. Po kompromitacji z nożownikiem serwuje kolejną opowieść osłonową dla władzy. W wieczornym materiale TVP Info w likwidacji wyjaśnienie dotyczące posiadania przez niego noża sprowadzono do prześmiewczej opowieści o krojeniu jabłek. Pan Piotr opisał konkretne zastosowanie scyzoryka przy przygotowywaniu jedzenia i przecinaniu opasek mocujących banery. Pomagał społecznie przy proteście. Według jego relacji narzędzie było złożone i schowane w kieszeni. Zwykłe czynności przedstawiono tak, żeby obrona zabrzmiała jak śmieszna wymówka. TVP Info w likwidacji podała też jako fakt, że Piotr popchnął policjantkę na szklane drzwi. On stanowczo temu zaprzecza i utrzymuje, że był już na kolanach. W omawianym fragmencie widz dostaje kategoryczne oskarżenie bez przedstawienia tej sprzeczności. Nie pokazano także stanowiska Pana Piotra. Przedstawia się go również jako człowieka odmawiającego wszystkiego. Piotr na antenie @RepublikaTV wyjaśnił, że zgodził się na spotkanie z obrońcą, kiedy dowiedział się, że ustanowiła go żona. Już w sobotnim oświadczeniu domagał się dostępu do swoich prawników. Policyjna opowieść o dobrowolnym odrzucaniu pomocy pomijała właśnie ten zasadniczy problem. Wcześniej, w serwisie na antenie TVP Info w likwidacji przedstawiono policjantkę jako ranną w starciu z nożownikiem. Tymczasem nóż znaleziono przy Piotrze dopiero po obezwładnieniu. PAP musiała przeprosić za błędne powiązanie ataku z tym przedmiotem, poprawić tytuł i usunąć wpis. Pan Piotr zdążył już dostać od mediów w likwidacji medialną łatkę niebezpiecznego bandyty. Joanna Mąkosa tłumaczyła później swoją informację między innymi błędnymi depeszami agencyjnymi. Tyle że PAP w likwidacji wyraźnie wskazała, że depesza od początku była prawidłowa. Błąd dotyczył nagłówka w serwisie internetowym PAP w likwidacji i wpisu na X. Nawet zasłanianie się agencją nie wytrzymuje porównania z jej własnym oświadczeniem. Przeprosiny nie pojawiły się do dzisiaj. TVP Info w likwidacji stawia przy tym Republice zarzut politycznego przedstawiania zatrzymania. Tymczasem Donald Tusk już w piątek przypisał polityczną odpowiedzialność za wzrost agresji Karolowi Nawrockiemu i Jarosławowi Kaczyńskiemu. Lider koalicji 13 grudnia zdążył wykorzystać sprawę przeciwko przeciwnikom, zanim wyjaśniono jej przebieg. W swoim tweecie podkreślał również kwestię noża, ewidentnie brnąć w narrację serwowaną przez rządowe media w likwidacji. Dziś sąd odmówił miesięcznego aresztu i nie zastosował innych środków zapobiegawczych. TVP odnotowała tę decyzję, po czym wróciła do wyciągania policyjnej wersji wydarzeń. Tak wygląda propagandowa osłona władzy. Najpierw obciążyć człowieka fałszywą etykietą, później podtrzymywać oskarżycielski ton, choć kolejne wyjaśnienia rozsadzają wygodny przekaz. Ostatecznie nawet nie przedstawiono stanowiska Pana Piotra... Video: Antena TVP Info w likwidacji (godz. 19:00) via @JanMolski.

Drama↗
0:20
1:47
0:37
2:16

Dziękuję @cezarykrysztopa za nagłośnienie sprawy. Po odwołaniu się do administracji X odzyskałem możliwość pisania. Moje konto padło ofiarą masowych zgłoszeń za rzekome naruszenie regulaminu – poszło o zdjęcia pani Nataszy i „zbyt wiele odkrytego ciała”. Ironia polega na tym, że dokładnie te same fotografie pani Natasza od około 10 lat sama publicznie i regularnie udostępnia na swoim Facebooku oraz Instagramie. Dzisiaj część dziennikarzy oburza się, że publikowanie tych zdjęć nie przystoi, bo chodzi o wizerunek świadka. Pragnę jednak przypomnieć, że ta pani sama wyraziła zgodę na pokazanie twarzy w sądzie, a jej konta w mediach społecznościowych są publicznie aktywne od dekady. Rozumiem więc, że kiedy pani Natasza chciała zebrać widownię i zasięgi na swoich profilach, to wszystko było w porządku. Ale gdy ktoś przypomniał jej własne, ogólnodostępne posty, to nagle podnosi się krzyk, że „tak nie wolno” – szczególnie wtedy, gdy sprawie występuje Prezydent Karol Nawrocki. Po odsłuchaniu pełnych nagrań z zeznań pani Nataszy widać wyraźnie, że przed sądem w swoich twierdzeniach o prostytutkach nie miała stuprocentowej pewności. Co ciekawe, w sądzie tłumaczyła się ogromnym stresem i tym, że pierwszy raz wypowiada się w takiej roli. Warto jednak podkreślić, że już w 2018 roku występowała na antenie TVN jako ekspertka ds. marketingu, swobodnie wypowiadając się przed kamerami https://t.co/w7j5M7PZ4Q. na temat wycofywania plastikowych słomek. Można by też zapytać, czy prowadzenie działań marketingowych dla branży fizjoterapeutycznej również nie dało jej obycia w kontaktach publicznych, ale odpowiedź jest przecież oczywista. Jeżeli więc osoba z takim doświadczeniem medialnym przed sądem nagle traci pewność siebie i zasłania się stresem, to świadczy to tylko o jednym: sprawa miała miejsce 20 lat temu, świadek tak naprawdę nie wie, kim były opisywane osoby, a cała ta historia to jedynie jej własna interpretacja, a nie twarde fakty. Zastanawia też sam mechanizm dotarcia do tego źródła. Skąd nagle dziennikarze Onetu zdobyli prywatnego maila do akurat tej osoby, napisali do niej, a ona „przypomniała sobie” zdarzenia sprzed 20 lat, by później na sali sądowej kluczyć i wykazywać wyraźną niepewność? A skoro dziennikarze TVN i ONET tak bardzo chcą dziś uczyć innych etyki i ochrony prywatności, przypomnijmy, jak w praktyce wyglądają ich własne standardy. Wystarczy wspomnieć wspólny materiał „Superwizjera” TVN i Onetu o prezydencie Lubina, Robercie Raczyńskim. Tam dziennikarze bez najmniejszego wahania pokazywali jego prywatny dom i wyciągali najcięższe oskarżenia obyczajowe oparte na rzekomych stenogramach rozmów, które – co oficjalnie potwierdziła już prokuratura – okazały się od początku do końca sfabrykowaną fałszywką. Gdy duże redakcje niszczą komuś życie na bazie fałszywek, nazywają to „dziennikarstwem śledczym”. Gdy ktoś przypomina publiczne zdjęcia kluczowego świadka – zaczyna się oburzenie, cenzura i masowe zgłaszanie konta. @RepublikaTV

Polityka↗
0:34
1:40
0:15
4:22

#Siódemka Rozwinę wpis Klem @KSuchanow. Zatrzymano wtedy 17 osób. @Szczurek1965 wyłapał 48 h. ... https://t.co/6hBe7K1umd Szóstka (6) prawomocnie uniewinniona od zarzutów naruszenia nietykalności cielesnej funkcjonariuszy @PolskaPolicja, podczas pamiętnego - noc 22/23.10.2020 roku protestu @strajkkobiet na ulicy Mickiewicza. Wypada dodać, że @Prok_Okreg_Wawa wystąpiła o pisemne uzasadnienie wyroku uniewinniającego, który zapadł 9 kwietnia 2026 roku a uzasadnienie sąd wysłał 15 maja. Ogromne podziękowania dla kancelarii Mecenas @AgataBzdyn - reprezentowała Kajetana, oraz obrończyń i obrońców pozostałych oskarżonych: - reżyserki teatralnej, - studentki, - dwóch przedsiębiorców - handlowca Podziękowania dla @MarcinTerlik za udostępnienie nagrań będących bezcennym materiałem dowodowym - policja nie dysponowała w czasie procesu żadnymi materiałami filmowymi. Poniżej relacja jednej, z rozpraw. Ważny cytat od @K_J_Wroblewski: "To ofiary przed tym sądem stanęły jako osoby oskarżone, a sprawcy jako świadkowie i pokrzywdzeni (ich niechlujnie sfabrykowane zeznania to jedyny “dowód”, którego nie potwierdzają żadne inne). Wśród "pokrzywdzonych" między innymi sławetny “BOA-dusiciel”, znany z sadystycznych interwencji Sławomir G., a wśród oskarżonych ofiar między innymi ja." ... Kim jest "BOA-dusiciel", Szanowni przeczytają poniżej otwierając tekst @oko_press, mając na widoku policyjne łapsko na szyi duszonego Tadeusza. https://t.co/CTGXB96h1N Fałszywe policyjne raporty, niespójne zeznania i brak jakichkolwiek materiałów video ze strony oskarżenia kontra wyjaśnienia oskarżonych poparte nagraniami video ukazującymi brutalne działania policji. ... Pięć lat zajęło postępowanie przygotowawcze, sprawa przed sądem toczy się od lipca 2025 roku. Tymczasem przed tygodniem rządowa komisja opublikowała raport o atakach prawnych państwa PiS na obywateli. Tej sprawy w tym raporcie nie ma, mimo że ma wszelkie cechy sprawy typu SLAPP (strategic lawsuit against public participation – postępowania prawnego mającego zniechęcić do aktywności obywatelskiej). Nie mogła się tam znaleźć, bo sąd jeszcze nie rozsądził, czy rzeczywiście sześć osób napadło tamtej nocy na policjantów, czy raczej mamy do czynienia z oskarżeniem zmyślonym. A zmyślonym po to, by się ludziom odechciało demonstrowania przeciw władzy. W ciągu tych pięciu lat szóstka oskarżonych przeszła przesłuchania, rewizje osobiste, musiała meldować się na policji. A teraz chodzi do sądu. Na korytarzu sądu powtarzają, że ta sprawa odbiera sens wszelkiej obywatelskiej aktywności. Przecież prokuratura mogła wycofać oskarżenie. Jest jednak przekonana, że policjanci zostali zaatakowani. Choć ma jednak wątpliwości, bo proponuje warunkowe umorzenie, choć naruszenie nietykalności policjanta zagrożone jest karą więzienia do lat trzech („Motywacja oskarżonych oraz to, że funkcjonariusze nie odnieśli obrażeń, ma duże znaczenie dla oceny ich winy”). Jeśli sąd zgodzi się z tym stanowiskiem, oskarżeni będą osobami skazanymi. Policja oskarżyła sześć osób: reżyserkę teatralną, aktywistę i dziennikarza, studentkę, dwóch przedsiębiorców i handlowca (nie podajemy nazwisk, bo nie wszyscy się na to zgodzili) o to, że naruszyli nietykalność osobistą policjantów. Oskarżeni mówią, że było dokładnie odwrotnie: to oni zostali poturbowani, gdy oddziały prewencji policji próbowały spacyfikować legalną demonstrację. Po pięciu rozprawach, w czasie których zeznania złożyli rzekomo zaatakowani policjanci, ich koledzy, a także sami oskarżeni, a sąd obejrzał nagrania z protestu, wiemy już sporo o tym wydarzeniu. Pod dom Kaczyńskiego dowództwo ściąga „w trybie alarmowym z dnia wolnego” pododdziały prewencji. Sytuacja jest nadzwyczajna (co przyznają niektórzy z zeznających policjantów), a policja działa chaotycznie. To też zeznają policjanci. Kiedy manifestanci docierają do placu Wilsona, odchodząca od niego ulica Mickiewicza z domem Kaczyńskiego jest odgrodzona kordonem policjantów w rynsztunku obronnym, z tarczami. Manifestanci się nie rozchodzą. Od tej chwili mamy już dwie wersje wydarzeń. Czy policyjna wersja trzyma się kupy? Zdaniem zeznających przed sądem policjantów oddziały prewencji zostały sprowadzone ze względu na możliwość zagrożenia dla porządku publicznego. Jakie zagrożenie, skoro manifestanci pokojowo przemaszerowali przez całe miasto? Policjanci nie umieją odpowiedzieć. Następnie wedle tej wersji sześcioro oskarżonych – każdy osobno i w innym miejscu – zaatakowało policjantów i naruszyło ich nietykalność. Poprzez szarpanie za mundur i kopanie – choć nie wiadomo, jak skoro policjanci mieli ochraniacze i tarcze. Jak ich szarpali w kordonie, skoro rzekomo zaatakowani nie stali w pierwszym ani w drugim rzędzie. To szarpanie, a także popychanie zostało wpisane jako powód zatrzymania. Policjanci opowiadają też przed sądem, że demonstranci rzucali kamieniami z torowiska tramwajowego. Ale nie oskarżeni. Zeznania te policjanci złożyli zaraz po zdarzeniu. To, co mówili potem, różni się od pierwszych zeznań. Obecnie policjanci (młodzi ludzie!) zasłaniają się niepamięcią. Ale coś niecoś udało się im zeznać. Nieścisłości we wszystkich tych zeznaniach jest dużo: Nie wiadomo, dlaczego policja zablokowała ul. Mickiewicza, skoro wcześniej nie działo się nic niepokojącego. Przy czym wszyscy policjanci nie pamiętają nazwisk dowódców i nie wiedzą, jak w zasadzie zarządzono blokadę. Niektórzy z oskarżających policjantów nie pamiętają także sprawy wyroku TK Przyłębskiej i twierdzą, że nie przypominają sobie tej konkretnie demonstracji. Dwóch policjantów w spontanicznym zeznaniu po zdarzeniu opisuje dwie różne sytuacje z udziałem dwóch różnych osób – słowo w słowo – tak samo. Takiej zbieżności nie da się logicznie wyjaśnić inaczej, niż że zeznanie sporządziła inna osoba albo że policjanci uzgodnili swoje wersje. Dwóch rzekomo pokrzywdzonych policjantów nie mogło być w miejscu, gdzie ich nietykalność miała być naruszona. Dwaj mieli być kopnięci i choć mówią, że widzieli atakującego, to nie pamiętają, czy byli kopnięci z tyłu, czy z przodu. W ogóle nic z tego nie pamiętają. Jeden nie pamięta nawet tego, ile razy ktoś w czasie interwencji naruszył jego nietykalność. Policjanci nie pamiętają, czy policja użyła tego dnia gazu (a taka interwencja jest widoczna na zdjęciach). Większość z policjantów zeznała w sądzie, że działali spontanicznie w obronie porządku publicznego. Ale jeden przypomniał sobie, że padł rozkaz „wkraczamy”. Jeden z policjantów, który miał być zaatakowany, na kolejnym etapie postępowania zeznał, że zatrzymał oskarżoną, gdyż... „stała, a więc uczestniczyła w nielegalnym zgromadzeniu”. Kiedy go więc „zaatakowała”? Podczas zatrzymania? Ale jeśli tak, to jaka była podstawa zatrzymania, skoro demonstracja była legalna? Istotne w oskarżeniu jest to, że choć sprawia ono wrażenie udokumentowanego opisu ataku grupy ludzi na policjantów, to każde z zeznań dotyczy jednej osoby. A więc każdy z oskarżonych staje przed sadem tylko i wyłącznie na podstawie jednego zeznania, którego nic więcej nie potwierdza. „Jaki iżby mieli motyw policjanci, żeby bezpodstawnie oskarżać przypadkowe osoby?” – prokuratorka w mowie końcowej 31 marca nie umiała takich motywów znaleźć. „Policja to formacja, która ma służyć społeczeństwu i funkcjonariuszem. Nie mają motywu, by niesłusznie oskarżać”. - Obrona odpowiada: policja miała oczywisty powód. Brali udział w pacyfikowaniu legalnego zgromadzenie, choć ich obowiązkiem było je chronić. Wymyślając po fakcie zarzuty po bezpodstawnych zatrzymaniach, bronili się przed odpowiedzialnością. Bo w 2020 r. jako formacja nie służyli społeczeństwu, tylko władzy. Dziś zaś niczego przed sądem nie pamiętają, bo boją powiedzieć, jak było naprawdę. Co widzieli oskarżeni? Zablokowana przez kordon policyjny demonstracja zatrzymała się na początku ulicy Mickiewicza. Padały okrzyki, poleciała w stronę kordonu pusta plastikowa butelka. Doświadczeni w demonstracjach zaczęli ostrzegać przed prowokacją. Na znak pokojowych zamiarów część demonstrantów usiadła na jezdni i na torowisku. W pewnym momencie – już po północy – policja ruszyła do ataku. Użyła gazu i zaczęła wywlekać ludzi za kordon. To znana taktyka pacyfikowania zgromadzeń: reszta ma się przestraszyć i rozejść. Kobiety z czoła pochodu, które dostały gazem w twarz, wycofały się, zostawiając banner. Jeden z oskarżonych wraz z kolegą podniósł go, by zasłonić pozostałych przed gazem. Dostał w głowę pałką, a kiedy banner padł na ziemię, także gazem po oczach. Policjanci wciągnęli go za kordon, a kiedy leżał, przeszli po nim. Kilkakrotnie traci przytomność. Został poraniony. Nie stawiał oporu, bo na tym polega działanie ruchu @ObywateleRP do którego należy. Dwie oskarżone stały w szeregu, trzymając się za ręce z innymi kobietami. Policja ten szereg rozrywa. Jedną kobietę od razu ciągną do radiowozu. Nie stawia oporu. Druga próbuje pomóc kobiecie, która przy rozrywaniu szeregu upadła. Zostaje zatrzymana i oskarżona o napaść. Kolejny oskarżony: „Kiedy doszedłem do czoła pochodu, po nawoływaniach do rozejścia się policja zaczęła napierać na demonstrujących. Rozstąpił się kordon i chcieli wciągnąć chłopaka, który stał obok mnie. Ja go starałem się przytrzymać, ale się nie udało. Zaraz potem uwaga policji skupiła się na mnie i ja zostałem wciągnięty. Ciągnęli mnie za kaptur i urwali go. Widziałem, jak policjant wyciąga butlę z gazem i celuje nim w twarz jednej pani”. I jeszcze jedno zeznanie: „Postanowiłem wrócić do domu. Kątem oka zobaczyłem biegnącą grupę ludzi. To byli policjanci, którzy złapali mnie i wykręcili mi ręce. Nie stawiałem oporu, chciałem się wylegitymować, jednak zostałem zaprowadzony do samochodu policyjnego. Policjant powiedział: »pobiłeś policjanta«. Powtórzył to z pięć razy. To mnie uspokoiło, bo uznałem, że sprawa zaraz się wyjaśni, skoro nie miałem kontaktu z żadnym policjantem”. I ostatni oskarżony: „Mimo że to było torowisko, nie widziałem, by ktokolwiek trzymał kamień. Byłem zaskoczony ich pokornym zachowaniem. Na koniec tego zamieszania, idąc do domu, zadałem policjantom pytanie, dlaczego robią nam w Polsce drugą Białoruś. Wtedy zostałem złapany, skuty i wrzucony do samochodu”. Jak zeznał pierwszy oskarżony, policja działała wtedy prawdopodobnie na rozkaz, by połapać ludzi po podwórkach, gdyż kilkunastu zatrzymanych to „za mało”. Oskarżony słyszał to, siedząc z policyjnego radia w radiowozie. Sceny z policyjnego ataku sąd oglądał 31 marca. Część wydarzeń była rejestrowana i fotografowana. Sąd włącza to jako dowody do sprawy. Część zatrzymanych wtedy osób dostanie zarzut udziału w nielegalnym zgromadzeniu. Te oskarżenia upadną, kiedy Sąd Najwyższy potwierdzi, że zgromadzenie było legalne. Panowała wtedy co prawda pandemia i rząd rozporządzeniem zakazał zgromadzeń. Ale konstytucyjnego prawa nie da się uchylić w ten sposób. Szóstka po zatrzymaniu dowiaduje się, że odpowie za napaść na policjantów. Niektórzy policjanci są brutalni, inni przyjacielscy. Ale sytuacja zmienia się na komisariatach, na które trafiają zatrzymani. Policja próbuje wymusić na nich przyznanie się do winy. Jednak z kobiet będzie potrzebować pomocy lekarskiej – policjanci mówią, że pomoc będzie, jeśli potwierdzi wersję policyjną. Na komisariatach dyżurują jednak prawnicy. Są też pracownicy Biura RPO. Ponieważ policja próbuje włożyć w usta zatrzymanych słowa, których nie powiedzieli, odmawiają podpisania protokołów. Gdyby wtedy tych ludzi złamano, nie byłoby już tej sprawy. Ale się nie dali. W mowach końcowych sześciu obrońców – część nadal pracuje pro bono dla klientów, których wyłowili na komisariatach w nocy 23 października 2020 roku – punktuje wady dowodów oskarżenia. Zeznania nie pasują do sytuacji, która miała miejsce. Fakt, że policjanci nic nie pamiętają, budzi kolejne wątpliwości – zdarzenie było przecież nadzwyczajne i pierwsze z serii protestów Strajku Kobiet. Oskarżających policjantów dowództwo specjalnie ściągnęło do Warszawy z różnych stron Polski. Policjanci musieli wiedzieć, że chodzi o Jarosława Kaczyńskiego (jeden z zeznających policjantów zapewniał w swobodnej wypowiedzi, że nie wie, kto mieszka pod numerem 49 przy ul. Mickiewicza – gdyby naprawdę nie wiedział, nie przyszłoby mu do głowy o tym zapewniać). Dalej obrona wskazuje, że policji przysługuje ochrona, ale tylko wtedy, gdy działa zgodnie z prawem. Atak na legalną demonstrację taką sytuacją nie był. Więc nawet gdyby sześcioro oskarżonych rzeczywiście szarpałoby się z policjantami, to nie popełniłoby czynu zabronionego. A oni policjantom nic nie zrobili. A jeśli przez „popychanie policjanta” oskarżenie rozumie sytuację, że policja napiera na legalną demonstrację, a ludzie z pierwszego szeregu nie mają gdzie się cofnąć, to nie ma mowy o naruszeniu nietykalności policjanta, bo to nie jest działanie świadome. Obrona odbija też argument prokuratury, że choć dowodem oskarżenia są tylko zeznania policjantów, to należy im dać wiarę, gdyż policjanci działają w imieniu państwa. „Tak kiedyś było” – mówią. Jednak w czasach PiS państwo zostało zawłaszczone przez jedną partię i policja działała na jej rzecz. Te dowody trzeba więc ocenić jak wszystkie inne.

Ulica↗
0:25