Jak „Łukasz” uwiódł Kraków. Ostateczny krach systemu Majchrowszczyzny. – Odwołaliśmy jednego z tej partii i teraz mielibyśmy wybrać drugą z tej samej? – tak wynik wyborów w Krakowie skomentował w ulicznej sondzie "Wyborczej" jeden z mieszkańców miasta. Istotnie, byłoby to zdumiewające. Tymczasem zdumiewać może skala zwycięstwa Łukasza Gibały, który uzyskał najlepszy wynik w historii wyborów prezydenckich w Krakowie – 62,12 % głosów. Czy jednak powinna? - Ja Pani coś powiem: Do mnie żaden z PO nie ma wstępu do mieszkania - dodał wspomniany mężczyzna, przedstawiający się jako działacz „Solidarności”. I choć trudno powiedzieć, czy była to wiodąca emocja, która stoi za zwycięstwem Gibały, nie można jej zlekceważyć. Przede wszystkim dlatego, że okazało się, że aż blisko 97% wyborców Michała Drewnickiego (PiS) z pierwszej tury zagłosowało na nowo wybranego prezydenta. Nie wiemy oczywiście, ilu wyborców z blisko 45 tys. osób głosujących na Drewnickiego pojawiło się w lokalach wyborczych podczas drugiej tury, ważne jest jednak coś innego – stopień odrzucenia dotychczasowego układu. Oczywiście słowa działacza „S” mówiące o „zakazie wstępu” mogą nas bawić i nie sposób odnieść wrażenia, że wyborcy prawicy po trosze traktowali samorządowe wybory jako „zastępczą wojnę” z Tuskiem. Ale to jednak nie to stoi za sukcesem Gibały. Sam on wszak ma platformianą przeszłość, dopełnioną, o czym pod Wawelem się pamięta, dość kompromitującym epizodem u boku jednej z najciemniejszych postaci polskiej polityki – Janusza Palikota, którego posłem i ekspertem gospodarczym był w strasznym, posmoleńskim czasie (2012-2014). I choć od tamtego czasu Gibała zdążył przejść długą drogę w samorządzie, to przecież pamięć wyborców prawicy nie jest aż tak krótka, by o tym zapomnieć. Musi tu być więc coś innego. Co takiego? Po pierwsze, gdy trzymać się już wypowiedzi sympatycznego Krakowianina z „Solidarności”, to przekonuje on, że „Łukasz” (tak określa Gibałę, choć przecież trudno sądzić, że zna go osobiście) był dla niego mniejszym złem i zabezpieczeniem przed kontynuacją krakowskiego układu. Układu który wykształcił się w latach rządów prof. Jacka Majchrowskiego (2002-2024) i przepoczwarzył za czasów odwołanego finalnie w referendum Aleksandra Miszalskiego (2024-2026). Tak, ewentualne rządy popieranej przez Tuska senator Piątkowskiej, byłyby dalszą petryfikacją tego układu. Tymczasem jego odrzucenie przez Mieszkańców jest kompletne. Tak, to potrzeba zakończenia tej „ery” była pierwszym czynnikiem decydującym o zwycięstwie Gibały, dopiero potem „wojna zastępcza z Tuskiem”. Fakt, że „majchrowszczyzna” weszła w ostatnich latach w polityczno-biznesowy sojusz z Tuskiem i jego (nie najbardziej lotnymi) ludźmi i chciała dzięki nim zachować stan posiadania jedynie dopełnił obrazu klęski. Ludzie mieli po prostu dosyć. Zamknijmy więc ostrożnie wieko tej politycznej trumny i spróbujmy się zastanowić, co takiego powinien zrobić Gibała, jeśli chce swoje zwycięstwo przekuć w sukces, pozwalający mu za dwa lata zostać wybranym na kolejną, pełną kadencję. Oczekiwania Krakowian są ostrożne, a sam lider Krakowa dla Mieszkańców celowo je studził. Co ciekawe, takie postawienie sprawy budzi szacunek Mieszkańców, znużonych przez ostatnie dwa lata cyrkowym wizerunkiem Miszalskiego, który jednocześnie ze słynnym tańcem na dachu Magistratu sprowadzał na miasto plagi w postaci jednoczesnego wprowadzenia rozległej Strefy Czystego Transportu i drastycznych podwyżek cen biletów. Dodać do tego należy także odwołanie się przez Gibałę do godnościowo-aspiracyjnych wątków. Kraków w jego narracji „traci swój blask” a dziejowa szansa miasta na udział w kolejnych rewolucjach technologicznych jest zaprzepaszczana. I choć nie obiecuje on oczywiście błyskawicznej budowy pod Wawelem Doliny Krzemowej, to już postulat przepędzenia z centrum miasta obrzydliwych naganiaczy do klubów go-go, którzy mieliby podzielić los wyrzuconych z urzędu partyjnych nominatów jest przyjmowany jako rewolucyjny. I byłby taką rewolucją w istocie. Pokazuje to oczywiście skalę degrengolady, jaka odbywa się w pięknych dekoracjach Królewskiego Miasta. To dlatego takie postawienie sprawy przez „Łukasza” (by wrócić do przepytywanego przez "Wyborczą" przechodnia) wpłynęło zasadniczo na wybór Krakowian. Trudno nie odnieść wrażenia, że oprócz odrzucenia politycznych frazesów to właśnie osadzenie w lokalności i poczucie ciągłej obecności Gibały „na ulicy”, czy poczucie że to jego można „wpuścić do domu” pozwoliło mu wygrać. Gibała był i walczył od tak dawna, że uznano go nie tyle za „ostatnią nadzieję”, co postanowiono w końcu dać szansę. Przez lata budował swój wizerunek kogoś, o kim na fali kinowych premier pisano w ostatnich tygodniach jako o człowieku nieszczęśliwie w Krakowie zakochanym, porównując go wręcz do… bohatera „Lalki”, Stanisława Wokulskiego, starającego się o wdzięki kapryśnej Izabeli, którą w tej opowieści miałoby odgrywać samo Miasto. Ostatecznie więc Kraków za sprawą Mieszkańców dał się uwieść wizji prezentowanej przez „Łukasza” - wizji „Krakowa dla Mieszkańców” właśnie. Dla wyborców i polityków prawicy ta opowieść powinna być dowodem na to, że – trzymając się literackich porównań – ważniejsza okazuje się pozytywistyczna „praca u podstaw” niż rewolucyjne zrywy, nawet pod najbardziej podniosłymi hasłami. tekst w całości ukazał się z "Gazecie Polskiej Codziennie" video: "Gazeta Wyborcza"
Komentarze (0)
Bądź pierwszy!
Wojciech Mucha