Wyniki dla „Trump”

1:04
0:33
8:53
1:34
0:54
0:27

W sobotę amerykański sekretarz wojny Pete Hegseth na uniwersytecie Tennesse, przemawiając do studentów uznał, że w Afganistanie to tylko Amerykanie byli zaangażowani, no może jeszcze jeden czy dwa kraje. Skrót ISAF tłumaczył jako "I Saw Americans Fighting", czyli widziałem jak Amerykanie walczą. Serio @SecWar byłeś wtedy w Afganistanie? To chyba nie trzeźwiałeś. Masz historię polskiej misji w pigułce. Polska misja w Afganistanie to historia, o której nie wolno zapominać. W 2002 roku polscy żołnierze pojechali na wojnę w ramach międzynarodowej koalicji po zamachach terrorystycznych z 11 września 2001 roku. Polska była sojusznikiem USA i członkiem NATO. Nasi żołnierze mieli walczyć z terroryzmem, wspierać stabilizację kraju i pomóc Afgańczykom zbudować państwo, w którym nie będzie schronienia dla organizacji terrorystycznych. Z czasem misja przerodziła się w regularną wojnę. Szczególnie niebezpieczna była prowincja Ghazni, gdzie polscy żołnierze patrolowali drogi, eskortowali konwoje, likwidowali zagrożenia ze strony rebeliantów i odpierali ataki. Talibowie stosowali zasadzki, ostrzeliwali patrole i podkładali improwizowane ładunki wybuchowe. Każdy wyjazd poza bazę mógł zakończyć się tragedią. Żołnierze ginęli w eksplozjach, wymianach ognia i atakach na pojazdy wojskowe. 10 sierpnia 2009 roku zginął kapitan Daniel Ambroziński. Polski patrol wpadł w zasadzkę, a walka pokazała, jak wysoką cenę nasi żołnierze płacili za wykonywanie swoich zadań. 21 grudnia 2011 roku pod polskim pojazdem eksplodował ładunek wybuchowy. Zginęło pięciu żołnierzy: Piotr Ciesielski, Łukasz Krawiec, Marcin Szczurowski, Marek Tomala i Krystian Banach. Za każdą taką informacją kryły się konkretne rodziny, rodzice, żony, dzieci i przyjaciele, którzy już nigdy nie doczekali powrotu swoich bliskich. W ciągu niemal dwóch dekad przez polski kontyngent przewinęły się dziesiątki tysięcy żołnierzy i pracowników wojska. Polska poniosła śmiertelne straty, a wielu uczestników misji wróciło z ranami fizycznymi i psychicznymi, z którymi musieli mierzyć się długo po zakończeniu służby. Dla nich Afganistan nie skończył się w dniu powrotu do kraju. W 2021 roku zachodnie wojska opuściły Afganistan. Afgański rząd upadł, a talibowie błyskawicznie odzyskali władzę. Dwadzieścia lat wojny, ogromne pieniądze, tysiące zabitych i rannych, lata wysiłku oraz poświęcenia żołnierzy nie zapewniły trwałego zwycięstwa politycznego. Kraj ponownie znalazł się pod rządami tych, których wcześniej próbowano odsunąć od władzy. I właśnie tutaj zaczynają się najtrudniejsze pytania. Czy cele tej wojny były realistyczne? Czy Zachód właściwie rozumiał Afganistan? Dlaczego afgańskie instytucje i armia tak szybko się załamały? Czy politycy potrafili uczciwie wyjaśnić społeczeństwom, jaki ma być ostateczny rezultat tej operacji? I wreszcie kto podjął kluczową decyzję i podpisał porozumienie z Talibami w Doha w 2020r.? Nie wolno odpowiadać na te pytania pogardą wobec żołnierzy. To nie oni podejmowali wszystkie strategiczne decyzje. Wykonywali rozkazy państwa, służyli w sojuszniczej operacji i narażali życie. Można krytycznie oceniać politykę, cele i rezultaty wojny, a jednocześnie z najwyższym szacunkiem mówić o tych, którzy z niej nie wrócili. Afganistan pozostawił nam gorzką lekcję: łatwiej rozpocząć wojnę, niż osiągnąć pokój. Łatwiej zdobyć terytorium, niż zbudować trwałe państwo. I łatwiej politykom ogłosić sukces, niż wziąć odpowiedzialność za jego ostateczny rezultat. Pamiętajmy o polskich żołnierzach, którzy polegli na afgańskiej ziemi. Nie jako o liczbach w wojskowych statystykach, ale jako o ludziach, którzy mieli swoje życie, plany i rodziny. Ich nazwiska nie mogą zniknąć w cieniu politycznych deklaracji i zapomnianej wojny. A Panu @SecWar Hegseth polecam przeczytać czasem coś więcej niż wpisy Trumpa. autor: @Pieter111120 dla @AkademiaPrawdy źródła: @clashreport, https://t.co/p4yf0ApVNw https://t.co/Izdu20UFLh

Polityka↗
0:38
2:12
0:27
0:09
1:14
0:24
1:10

Donald Trump - sojusznik, na którym nie można polegać Sojusz to coś więcej niż wspólnota interesów. To gwarancja, że w chwili próby partner nie potraktuje bezpieczeństwa sojusznika jako karty przetargowej. Tymczasem działania Donalda Trumpa coraz mocniej podważają fundament, na którym przez dekady opierało się bezpieczeństwo Zachodu. Porozumienie dotyczące rosyjskiego diesla, ograniczanie wsparcia technologicznego i wywiadowczego dla Ukrainy, publiczne atakowanie europejskich sojuszników i pojednawcze gesty wobec Władimira Putina układają się w niepokojący obraz polityki, w której doraźny interes i osobiste kalkulacje zdają się wypierać strategiczną solidarność. Nie chodzi o to, że z Rosją nie należy rozmawiać. Trump ma prawo rozmawiać z kim chce. Problemem jest to jak on i jego ludzie negocjują z Putinem oraz w jaki sposób traktują swoich traktatowych sojuszników. Chodzi więc o to, kto ponosi koszty tych rozmów. Jeśli agresor otrzymuje gospodarcze ustępstwa, a napadnięta Ukraina musi obawiać się ograniczenia wsparcia, to najzwyczajniej mamy do czynienia z przekierowaniem presji amerykańskiej dyplomacji na ofiarę zamiast na sprawcę wojny. Niestety, nas też może to kiedyś dotknąć. Równie niebezpieczne jest traktowanie Europy jak przeciwnika, którego trzeba zmusić do ustępstw. Sojusznicy mogą się spierać, ale gdy gwarancje bezpieczeństwa stają się nieprzewidywalne, zaufanie ustępuje miejsca niepewności. A kiedy państwa przestają ufać swoim partnerom, zaczynają szukać zabezpieczeń na wypadek, gdyby ci partnerzy zawiedli. Największym zagrożeniem nie jest dziś pojedyncza decyzja Trumpa, lecz erozja przekonania, że Stany Zjednoczone pozostaną przewidywalnym partnerem w chwili próby. A sojusznik staje się kruchy nie wtedy, gdy mówi „nie”, lecz wtedy, gdy nikt nie wie, czy jutro nadal będzie mówił „tak”. Sojusznik to nie tylko państwo, które posiada potężną armię, nowoczesną broń i gospodarkę zdolną wpływać na losy świata. To przede wszystkim partner, którego słowo ma znaczenie, a zobowiązania nie znikają w chwili, gdy przestają być wygodne. Właśnie ten fundament zachodniego bezpieczeństwa staje dziś pod znakiem zapytania. Czy Stany Zjednoczone nadal są przewidywalnym sojusznikiem, na którym można oprzeć bezpieczeństwo Europy? Jednym z najbardziej wymownych przykładów zmiany w podejściu amerykańskiej administracji do Europy jest porozumienie dotyczące dostaw rosyjskiego diesla na rynki amerykańskie i światowe. Według doniesień Reutersa z 12 października 2026 roku administracja Trumpa uzasadniała tę decyzję próbą skłonienia Moskwy do powrotu do rozmów pokojowych. Bardzo niewiarygodne jest takie tłumaczenie. Porozumienie przewiduje dopuszczenie rosyjskich dostaw paliwa, a to oznacza dodatkowe przychody dla państwa prowadzącego wojnę przeciwko Ukrainie. Jednocześnie Waszyngton naciskał na Kijów, by ograniczył ataki na rosyjskie rafinerie. Na dodatek, wszczęta przez Trumpa wojna z Iranem wywindowała ceny paliw na niezwykle wysoki poziom, co generuje przyrost zysków zarówno dla Rosji a także dla Iranu. Przy czym Rosja i Iran pozostają w bliskim sojuszu militarnym. Można powiedzieć, że Trump nie dość, że wszczął wojnę z Iranem bez właściwego przygotowania i bez planu, to teraz zapewnia finansowanie broni służącej zabijaniu amerykańskich żołnierzy. Jeszcze poważniejsze obawy budzi sprawa ograniczenia działania systemu StarShield, wykorzystywanego przez ukraińskie wojsko do komunikacji na polu walki i wspierania operacji dronowych. Według doniesień Reutersa z 16 października 2026 roku polecenie ograniczenia usługi miało nadejść z Białego Domu, choć publicznie dostępne informacje nie pozwalają jednoznacznie ustalić, kto podjął ostateczną decyzję ani jakie dokładnie były jej przesłanki. Wcześniej pojawiały się doniesienia o problemach z działaniem systemu podczas operacji ukraińskich dronów. Wołodymyr Zełenski postawił sprawę jasno, oświadczając w obszernym wywiadzie, że podjęte zostały kroki, które mają na celu zmuszenie Ukrainy do kapitulacji. W tym samym czasie wielu komentatorów dochodzi do wniosku, że Trump stał się najważniejszą kartą w rękach Putina. Wiele może się zmienić po najbliższych częściowych wyborach do Kongresu i Senatu USA. Większości Amerykanów nie podoba się to co robi Trump. Dla Polski aktualna sytuacja ma szczególne znaczenie. Nasze bezpieczeństwo jest ściśle związane z obecnością amerykańskich wojsk w Europie, zdolnościami NATO oraz przekonaniem, że w razie zagrożenia sojusznicy odpowiedzą wspólnie. Jeżeli Ukraina przekonuje się, że dostęp do kluczowych narzędzi obronnych może stać się elementem politycznych negocjacji, inne państwa wschodniej flanki NATO również muszą zadać sobie pytanie o odporność własnych systemów bezpieczeństwa, a także o kody którymi można unieruchomić sprzęt wojskowy zakupiony w USA. Można odnieść wrażenie, że Amerykanie robią wszystko, aby uzależnić swoich sojuszników od swojej technologii i swojego uzbrojenia. Na przykładzie Ukrainy widzimy, że w chwilach krytycznych potrafią jedną decyzją spowolnić StarShield, kolejną odmówić dostawy rakiet, przestać przekazywać dane wywiadowcze o startach rakiet balistycznych. Wcale nie patrzą na to, że te decyzje powodują dziesiątki lub setki ofiar cywilnych. Nie oznacza to, że należy przekreślać sojusz z USA. Oznacza natomiast, że nie wolno mylić historycznej więzi z gwarancją niezmienności przyszłych decyzji. Środowisko PiS, Konfederacji i Karola Nawrockiego nie zauważa opisanych zagrożeń. Oni zatrzymali się na tym, że po wyborze Donalda Trumpa na Prezydenta USA skandowali w listopadzie 2024 w polskim Sejmie „Donald Trump, Donald Trump” jakby uznali go za swojego przywódcę, podczas gdy Trump zrezygnował z roli przywódcy wolnego świata. Woli rolę „załatwiacza” interesów na korzyść swoją, swojej rodziny i zaprzyjaźnionych oligarchów. Chełpi się tym, że to on skutecznie wsparł całkiem nieznanego polityka i zapewnił mu stanowisko prezydenta Polski. Nie pamięta jednak jego nazwiska. Amerykański sojusz pozostaje dla Europy niezwykle ważny. Jednak jego trwałość zależy nie tylko od liczby żołnierzy, samolotów i rakiet, lecz także od tego, czy za politycznymi deklaracjami idzie rzeczywista solidarność. Można ją latami budować, a potem roztrwonić w ciągu kilkunastu miesięcy. Na razie Trump wycofał z Polski kilka tysięcy żołnierzy i wbrew obietnicom oni nadal nie wracają. O ewentualnej nowej stałej bazie wojsk USA w Polsce Trump wypowiada się bardzo wymijająco, bo to dla niego tylko kolejny deal. autor: @GasewiczJarek dla @AkademiaPrawdy źródła: Reuters, Defence News, Washington Post, TVPinfo ilustracja: migawki na temat postawy Trumpa i stosunku do Trumpa - Sejm/X/CNN

Polityka↗

Mili Państwo, sytuacja jest naprawdę poważna. W ciągu ostatnich dni USA po prostu… pomagają Rosji. Dziś Financial Times doniósł, że Stany Zjednoczone mają naciskać na Europejczyków, by ci odmrozili niektóre rosyjskie aktywa będące w ich dyspozycji i przetransferowali je do podmiotu kontrolowanego przez Waszyngton. Miałoby to umożliwić wznowienie rozmów pokojowych ws. Ukrainy. Jednakże transparentność takich amerykańskich posunięć, jak np. szczyt z Putinem na Alasce, umowa „surowcowa” z Ukrainą czy „Rada Pokoju” każe wątpić w realność tych zapewnień. Istnieje ryzyko, że środki te trafiłyby do Rosji lub powiązanych z nią podmiotów. Mało tego: równolegle Agencja Reutera donosi, że administracja prezydenta Trumpa rozważa poluzowanie sankcji ciążących na tzw. flocie cieni, która przewozi rosyjską ropę i paliwa z ominięciem międzynarodowych restrykcji. Amerykanie chcą w ten sposób obniżyć ceny frachtu, ale w rzeczywistości byłoby to wsparcie rosyjskich możliwości eksportowych. To wszystko dzieje się zaledwie kilka dni po ogłoszeniu dealu paliwowego między Donaldem Trupem a Władimirem Putinem, który dotyczy dostaw oleju napędowego z Rosji do USA. Dostarczenie tego paliwa wymagało zdjęcia amerykańskich sankcji z Rosji, do czego zresztą doszło. Niedługo wcześniej poważne media poinformowały o możliwym wejściu inwestorów z USA w projekty Nord Stream, co miałoby na celu ponowne uruchomienie tych gazociągów. Mili Państwo, to wszystko to jest jeden wielki ukłon ze strony USA w stronę Rosji, dający jej możliwość odbudowania strat gospodarczych. Jeśli to połączymy z informacjami dot. zaburzeń w pracy systemu Starshield, z którego korzysta Ukraina, nacisków Waszyngtonu na Kijów, by ten nie atakował rosyjskich rafinerii oraz informacji o ograniczeniu przekazywania danych wywiadowczych to naprawdę obraz tej sytuacji jest bardzo niepokojący.

Polityka↗
1:22