Wyniki dla „Senat”

0:48🔥 Wiral
8:53
2:19
1:59
1:10

Donald Trump - sojusznik, na którym nie można polegać Sojusz to coś więcej niż wspólnota interesów. To gwarancja, że w chwili próby partner nie potraktuje bezpieczeństwa sojusznika jako karty przetargowej. Tymczasem działania Donalda Trumpa coraz mocniej podważają fundament, na którym przez dekady opierało się bezpieczeństwo Zachodu. Porozumienie dotyczące rosyjskiego diesla, ograniczanie wsparcia technologicznego i wywiadowczego dla Ukrainy, publiczne atakowanie europejskich sojuszników i pojednawcze gesty wobec Władimira Putina układają się w niepokojący obraz polityki, w której doraźny interes i osobiste kalkulacje zdają się wypierać strategiczną solidarność. Nie chodzi o to, że z Rosją nie należy rozmawiać. Trump ma prawo rozmawiać z kim chce. Problemem jest to jak on i jego ludzie negocjują z Putinem oraz w jaki sposób traktują swoich traktatowych sojuszników. Chodzi więc o to, kto ponosi koszty tych rozmów. Jeśli agresor otrzymuje gospodarcze ustępstwa, a napadnięta Ukraina musi obawiać się ograniczenia wsparcia, to najzwyczajniej mamy do czynienia z przekierowaniem presji amerykańskiej dyplomacji na ofiarę zamiast na sprawcę wojny. Niestety, nas też może to kiedyś dotknąć. Równie niebezpieczne jest traktowanie Europy jak przeciwnika, którego trzeba zmusić do ustępstw. Sojusznicy mogą się spierać, ale gdy gwarancje bezpieczeństwa stają się nieprzewidywalne, zaufanie ustępuje miejsca niepewności. A kiedy państwa przestają ufać swoim partnerom, zaczynają szukać zabezpieczeń na wypadek, gdyby ci partnerzy zawiedli. Największym zagrożeniem nie jest dziś pojedyncza decyzja Trumpa, lecz erozja przekonania, że Stany Zjednoczone pozostaną przewidywalnym partnerem w chwili próby. A sojusznik staje się kruchy nie wtedy, gdy mówi „nie”, lecz wtedy, gdy nikt nie wie, czy jutro nadal będzie mówił „tak”. Sojusznik to nie tylko państwo, które posiada potężną armię, nowoczesną broń i gospodarkę zdolną wpływać na losy świata. To przede wszystkim partner, którego słowo ma znaczenie, a zobowiązania nie znikają w chwili, gdy przestają być wygodne. Właśnie ten fundament zachodniego bezpieczeństwa staje dziś pod znakiem zapytania. Czy Stany Zjednoczone nadal są przewidywalnym sojusznikiem, na którym można oprzeć bezpieczeństwo Europy? Jednym z najbardziej wymownych przykładów zmiany w podejściu amerykańskiej administracji do Europy jest porozumienie dotyczące dostaw rosyjskiego diesla na rynki amerykańskie i światowe. Według doniesień Reutersa z 12 października 2026 roku administracja Trumpa uzasadniała tę decyzję próbą skłonienia Moskwy do powrotu do rozmów pokojowych. Bardzo niewiarygodne jest takie tłumaczenie. Porozumienie przewiduje dopuszczenie rosyjskich dostaw paliwa, a to oznacza dodatkowe przychody dla państwa prowadzącego wojnę przeciwko Ukrainie. Jednocześnie Waszyngton naciskał na Kijów, by ograniczył ataki na rosyjskie rafinerie. Na dodatek, wszczęta przez Trumpa wojna z Iranem wywindowała ceny paliw na niezwykle wysoki poziom, co generuje przyrost zysków zarówno dla Rosji a także dla Iranu. Przy czym Rosja i Iran pozostają w bliskim sojuszu militarnym. Można powiedzieć, że Trump nie dość, że wszczął wojnę z Iranem bez właściwego przygotowania i bez planu, to teraz zapewnia finansowanie broni służącej zabijaniu amerykańskich żołnierzy. Jeszcze poważniejsze obawy budzi sprawa ograniczenia działania systemu StarShield, wykorzystywanego przez ukraińskie wojsko do komunikacji na polu walki i wspierania operacji dronowych. Według doniesień Reutersa z 16 października 2026 roku polecenie ograniczenia usługi miało nadejść z Białego Domu, choć publicznie dostępne informacje nie pozwalają jednoznacznie ustalić, kto podjął ostateczną decyzję ani jakie dokładnie były jej przesłanki. Wcześniej pojawiały się doniesienia o problemach z działaniem systemu podczas operacji ukraińskich dronów. Wołodymyr Zełenski postawił sprawę jasno, oświadczając w obszernym wywiadzie, że podjęte zostały kroki, które mają na celu zmuszenie Ukrainy do kapitulacji. W tym samym czasie wielu komentatorów dochodzi do wniosku, że Trump stał się najważniejszą kartą w rękach Putina. Wiele może się zmienić po najbliższych częściowych wyborach do Kongresu i Senatu USA. Większości Amerykanów nie podoba się to co robi Trump. Dla Polski aktualna sytuacja ma szczególne znaczenie. Nasze bezpieczeństwo jest ściśle związane z obecnością amerykańskich wojsk w Europie, zdolnościami NATO oraz przekonaniem, że w razie zagrożenia sojusznicy odpowiedzą wspólnie. Jeżeli Ukraina przekonuje się, że dostęp do kluczowych narzędzi obronnych może stać się elementem politycznych negocjacji, inne państwa wschodniej flanki NATO również muszą zadać sobie pytanie o odporność własnych systemów bezpieczeństwa, a także o kody którymi można unieruchomić sprzęt wojskowy zakupiony w USA. Można odnieść wrażenie, że Amerykanie robią wszystko, aby uzależnić swoich sojuszników od swojej technologii i swojego uzbrojenia. Na przykładzie Ukrainy widzimy, że w chwilach krytycznych potrafią jedną decyzją spowolnić StarShield, kolejną odmówić dostawy rakiet, przestać przekazywać dane wywiadowcze o startach rakiet balistycznych. Wcale nie patrzą na to, że te decyzje powodują dziesiątki lub setki ofiar cywilnych. Nie oznacza to, że należy przekreślać sojusz z USA. Oznacza natomiast, że nie wolno mylić historycznej więzi z gwarancją niezmienności przyszłych decyzji. Środowisko PiS, Konfederacji i Karola Nawrockiego nie zauważa opisanych zagrożeń. Oni zatrzymali się na tym, że po wyborze Donalda Trumpa na Prezydenta USA skandowali w listopadzie 2024 w polskim Sejmie „Donald Trump, Donald Trump” jakby uznali go za swojego przywódcę, podczas gdy Trump zrezygnował z roli przywódcy wolnego świata. Woli rolę „załatwiacza” interesów na korzyść swoją, swojej rodziny i zaprzyjaźnionych oligarchów. Chełpi się tym, że to on skutecznie wsparł całkiem nieznanego polityka i zapewnił mu stanowisko prezydenta Polski. Nie pamięta jednak jego nazwiska. Amerykański sojusz pozostaje dla Europy niezwykle ważny. Jednak jego trwałość zależy nie tylko od liczby żołnierzy, samolotów i rakiet, lecz także od tego, czy za politycznymi deklaracjami idzie rzeczywista solidarność. Można ją latami budować, a potem roztrwonić w ciągu kilkunastu miesięcy. Na razie Trump wycofał z Polski kilka tysięcy żołnierzy i wbrew obietnicom oni nadal nie wracają. O ewentualnej nowej stałej bazie wojsk USA w Polsce Trump wypowiada się bardzo wymijająco, bo to dla niego tylko kolejny deal. autor: @GasewiczJarek dla @AkademiaPrawdy źródła: Reuters, Defence News, Washington Post, TVPinfo ilustracja: migawki na temat postawy Trumpa i stosunku do Trumpa - Sejm/X/CNN

Polityka↗
4:15

Tylko dla ludzi o mocnych nerwach 🤦🤦🤦 „Powiedziałem, czekaj minutę. Musisz żartować. On jest, bardzo cichy. I nigdy naprawdę na niego nie patrzyłem, bo nigdy nie było moją rzeczą patrzenie na mężczyzn, ale lubię mężczyzn, ale nigdy nie byłem szczególnie zainteresowany. Przepraszam. I co robię, to dzwonię, zamierzam zadzwonić do Kena, powiedzieć kilka słów i on powie kilka słów. Więc zadzwoniłem do Johna i znowu, John Gruden po prostu, w zasadzie powiedział coś niesamowitego, bo to taki świetny facet. John używał tego jako senator, ale startuje o reelekcję przeciwko prawdziwemu łajdakowi, który został wyrzucony lata temu, pokonany przez Berniego Marino, który jest wielkim senatorem, ale został pokonany. Więc został wyrzucony i teraz znowu startuje przeciwko Johnowi. I zadzwoniłem do Johna, ale John Gruden powiedział jedną rzecz, która mnie trafiła i nie mogłem uwierzyć, bo wiesz, to osoba taki wysokiej klasy. Powiedział, że w meczach piłki nożnej zrywał ludziom głowy, kiedy ich powalał. Był taki twardy. On po prostu, powiedziałem, czy był najlepszy? Powiedział, że był najlepszym graczem w drużynie. I dlatego tu jestem. Byłem zaskoczony, że go widzę. Powiedziałem, co tam robisz? Jestem tu, by być z moim kolegą z drużyny. John Husted. Powiedział, tak, był najlepszy. Był all-American. I niewiele osób to rozumiało, kiedy zacząłem o nim mówić, facet strzelał. Był all-American, sir. I tak, ale był, jest skromnym facetem. Więc o tym nie mówił. Więc ja go wspomniałem i zaczął mówić. Bardzo dziękuję. Bardzo. I wiesz, powiedział kilka słów i stałem tu i go studiowałem, bo John Gruden jest wielkim trenerem. Jeden z najlepszych powiedział, że ten facet to jeden z najlepszych graczy, z którymi kiedykolwiek był związany. Najlepszy gracz w drużynie mistrzowskiej, all-America. I nigdy nie wiedziałem, że nawet grał w piłkę nożną. Więc go studiowałem. I popełniłem błąd, mówiąc, że zacząłem od studiowania jego tyłka. Po prostu chciałem powiedzieć. A potem spojrzałem na jego stopy i były ogromne. Potem spojrzałem na jego ręce, patrzcie na te ręce. Ma ładną głowę. Są w porządku. Miał palce jak kiełbaski. Spojrzałem na jego ręce. Powiedziałem, patrzcie na to, chłopaki. A potem poklepałem go po ramieniu. Powiedziałem, świetna robota, John. Powiedział kilka słów. Powiedziałem, świetna robota. I zraniłem sobie rękę. To było jak uderzenie w stal, ale popełniłem błąd, studiując jego anatomię i wyjaśniając to publiczności, a publiczność to pokochała. A propos, tego dnia zyskał 12 punktów. Przeszedł z bycia w tyle na prowadzenie. Może powinienem to zrobić z Kenem Paxtonem, ale nie jestem pewien, czy twoje ciało się kwalifikuje. Zamierzam to zrobić z Kenem. Nie, ale powiedziałbym, że to, co się dzieje, to John odchodzi. Powiedziałem wszystkim, że dobrze się bawiliśmy, wiesz, ale ludzie to docenili, bo nie wiedzieli. Wiele z nich nie wiedziało. 95% nie wiedziało. I fałszywe media mi to zrobiły. Pokryły tylko część o tyłku. Powiedzieli, powiedzieli, to jest wiadomość dla kablówki freak. I myślę, że ABC to fałszywe media, jedno z najgorszych. I powiedzieli, co do cholery Trump robił, mówiąc o anatomii mężczyzny? Co, jaki ma problem? Dlaczego to robi? I wyjaśniłem to. Mówił o jego tyłku i stopach. Co on robił? Wiesz, co ja byłem w środku i oni wiedzą, ale naprawdę mieli mnie i mówili tylko, że studiowałem jego tyłek po tym. To było po to, by zobaczyć, skąd bierze się siła, bo był brutalnym powalającym, w każdym razie, ale pięknie mi to zrobili. To nie różni się od wchodzenia w ściany i mówienia, Och, moja żona powiedziała, Och mój, wszystko w porządku, kochanie? Więc nie, to fałszywe media. Dlatego wymyśliłem ten termin. To był mój termin. Mamy wiele dobrych terminów. Mogę ci podać wiele z nich.”

Freak fighty↗
0:07
0:49
3:13
2:23
0:39

Jak „Łukasz” uwiódł Kraków. Ostateczny krach systemu Majchrowszczyzny. – Odwołaliśmy jednego z tej partii i teraz mielibyśmy wybrać drugą z tej samej? – tak wynik wyborów w Krakowie skomentował w ulicznej sondzie "Wyborczej" jeden z mieszkańców miasta. Istotnie, byłoby to zdumiewające. Tymczasem zdumiewać może skala zwycięstwa Łukasza Gibały, który uzyskał najlepszy wynik w historii wyborów prezydenckich w Krakowie – 62,12 % głosów. Czy jednak powinna? - Ja Pani coś powiem: Do mnie żaden z PO nie ma wstępu do mieszkania - dodał wspomniany mężczyzna, przedstawiający się jako działacz „Solidarności”. I choć trudno powiedzieć, czy była to wiodąca emocja, która stoi za zwycięstwem Gibały, nie można jej zlekceważyć. Przede wszystkim dlatego, że okazało się, że aż blisko 97% wyborców Michała Drewnickiego (PiS) z pierwszej tury zagłosowało na nowo wybranego prezydenta. Nie wiemy oczywiście, ilu wyborców z blisko 45 tys. osób głosujących na Drewnickiego pojawiło się w lokalach wyborczych podczas drugiej tury, ważne jest jednak coś innego – stopień odrzucenia dotychczasowego układu. Oczywiście słowa działacza „S” mówiące o „zakazie wstępu” mogą nas bawić i nie sposób odnieść wrażenia, że wyborcy prawicy po trosze traktowali samorządowe wybory jako „zastępczą wojnę” z Tuskiem. Ale to jednak nie to stoi za sukcesem Gibały. Sam on wszak ma platformianą przeszłość, dopełnioną, o czym pod Wawelem się pamięta, dość kompromitującym epizodem u boku jednej z najciemniejszych postaci polskiej polityki – Janusza Palikota, którego posłem i ekspertem gospodarczym był w strasznym, posmoleńskim czasie (2012-2014). I choć od tamtego czasu Gibała zdążył przejść długą drogę w samorządzie, to przecież pamięć wyborców prawicy nie jest aż tak krótka, by o tym zapomnieć. Musi tu być więc coś innego. Co takiego? Po pierwsze, gdy trzymać się już wypowiedzi sympatycznego Krakowianina z „Solidarności”, to przekonuje on, że „Łukasz” (tak określa Gibałę, choć przecież trudno sądzić, że zna go osobiście) był dla niego mniejszym złem i zabezpieczeniem przed kontynuacją krakowskiego układu. Układu który wykształcił się w latach rządów prof. Jacka Majchrowskiego (2002-2024) i przepoczwarzył za czasów odwołanego finalnie w referendum Aleksandra Miszalskiego (2024-2026). Tak, ewentualne rządy popieranej przez Tuska senator Piątkowskiej, byłyby dalszą petryfikacją tego układu. Tymczasem jego odrzucenie przez Mieszkańców jest kompletne. Tak, to potrzeba zakończenia tej „ery” była pierwszym czynnikiem decydującym o zwycięstwie Gibały, dopiero potem „wojna zastępcza z Tuskiem”. Fakt, że „majchrowszczyzna” weszła w ostatnich latach w polityczno-biznesowy sojusz z Tuskiem i jego (nie najbardziej lotnymi) ludźmi i chciała dzięki nim zachować stan posiadania jedynie dopełnił obrazu klęski. Ludzie mieli po prostu dosyć. Zamknijmy więc ostrożnie wieko tej politycznej trumny i spróbujmy się zastanowić, co takiego powinien zrobić Gibała, jeśli chce swoje zwycięstwo przekuć w sukces, pozwalający mu za dwa lata zostać wybranym na kolejną, pełną kadencję. Oczekiwania Krakowian są ostrożne, a sam lider Krakowa dla Mieszkańców celowo je studził. Co ciekawe, takie postawienie sprawy budzi szacunek Mieszkańców, znużonych przez ostatnie dwa lata cyrkowym wizerunkiem Miszalskiego, który jednocześnie ze słynnym tańcem na dachu Magistratu sprowadzał na miasto plagi w postaci jednoczesnego wprowadzenia rozległej Strefy Czystego Transportu i drastycznych podwyżek cen biletów. Dodać do tego należy także odwołanie się przez Gibałę do godnościowo-aspiracyjnych wątków. Kraków w jego narracji „traci swój blask” a dziejowa szansa miasta na udział w kolejnych rewolucjach technologicznych jest zaprzepaszczana. I choć nie obiecuje on oczywiście błyskawicznej budowy pod Wawelem Doliny Krzemowej, to już postulat przepędzenia z centrum miasta obrzydliwych naganiaczy do klubów go-go, którzy mieliby podzielić los wyrzuconych z urzędu partyjnych nominatów jest przyjmowany jako rewolucyjny. I byłby taką rewolucją w istocie. Pokazuje to oczywiście skalę degrengolady, jaka odbywa się w pięknych dekoracjach Królewskiego Miasta. To dlatego takie postawienie sprawy przez „Łukasza” (by wrócić do przepytywanego przez "Wyborczą" przechodnia) wpłynęło zasadniczo na wybór Krakowian. Trudno nie odnieść wrażenia, że oprócz odrzucenia politycznych frazesów to właśnie osadzenie w lokalności i poczucie ciągłej obecności Gibały „na ulicy”, czy poczucie że to jego można „wpuścić do domu” pozwoliło mu wygrać. Gibała był i walczył od tak dawna, że uznano go nie tyle za „ostatnią nadzieję”, co postanowiono w końcu dać szansę. Przez lata budował swój wizerunek kogoś, o kim na fali kinowych premier pisano w ostatnich tygodniach jako o człowieku nieszczęśliwie w Krakowie zakochanym, porównując go wręcz do… bohatera „Lalki”, Stanisława Wokulskiego, starającego się o wdzięki kapryśnej Izabeli, którą w tej opowieści miałoby odgrywać samo Miasto. Ostatecznie więc Kraków za sprawą Mieszkańców dał się uwieść wizji prezentowanej przez „Łukasza” - wizji „Krakowa dla Mieszkańców” właśnie. Dla wyborców i polityków prawicy ta opowieść powinna być dowodem na to, że – trzymając się literackich porównań – ważniejsza okazuje się pozytywistyczna „praca u podstaw” niż rewolucyjne zrywy, nawet pod najbardziej podniosłymi hasłami. tekst w całości ukazał się z "Gazecie Polskiej Codziennie" video: "Gazeta Wyborcza"

Ulica↗
0:18
1:38